03.05.2018

Playa Blanca

Jeśli zapoznaliście się już z poprzednim postem o jednodniowej objazdowej wycieczce po Lanzarote i rozważacie wybranie się na tę piękną, wulkaniczną wyspę, czas najwyższy, żebym opowiedziała Wam trochę więcej o Playa Blanca - miejscowości, w której mieścił się nasz hotel, jako potencjalnej bazie wypadowej :)

Zacznijmy właśnie od samego hotelu. Po dwóch latach wakacji z Itaką tym razem wybór padł na ofertę biura podróży Rainbow. Zdecydowaliśmy się na pobyt w Labranda Suite Hotel Alyssa - hotelu zlokalizowanym na obrzeżach miejscowości Playa Blanca, składającym się ze 120 parterowych bungalowów mieszczących po dwa dwupokojowe apartamenty. 

 








Tu warto wspomnieć, że co roku przy wyborze hotelu kierujemy się kilkoma podstawowymi (nieco emeryckimi) zasadami:
  1. Spokojna okolica, najchętniej na obrzeżu - nie przeszkadza nam zupełnie konieczność zrobienia dłuższego spaceru do centrum miejscowości, natomiast zdecydowanie cenimy sobie brak imprez pod oknami ;)
  2. Niewielki hotel - staramy się celować w obiekty, które mają nie więcej niż kilkadziesiąt pokoi, najchętniej rozlokowanych w kilku mniejszych budynkach. 
  3. Opcja all inclusive - przy tygodniowym wyjeździe na typowy leżing, smażing i floating w basenie lubimy mieć w cenie wszystkie posiłki, które nadają w miarę regularny tryb spędzania czasu każdego dnia.
  4. Hotel tylko dla dorosłych - jeśli cenimy sobie spokój, nie ma nic cudowniejszego, niż hotel, który przyjmuje gości od określonego wieku (zwykle jest to 16. lub 18., rzadziej 21. rok życia). Co prawda przekonaliśmy się już rok temu, że na terenie wokół basenu gorszym towarzystwem od małych dzieci są tylko polscy nastolatkowie ;) niemniej jednak brak dzieci w hotelu to +1000 do ciszy i spokoju. 

Dla wakacji na Lanzarote świadomie zrobiliśmy dwa wyjątki, bowiem ten hotel zdecydowanie był najlepszym obiektem dostępnym w preferowanym przez nas terminie i w naszym zakresie cenowym. Wyjątek numer 1 - obiekt wyjątkowo duży jak na nasze standardy. Warto jednak podkreślić, że dzięki rozlokowaniu bungalowów na sporym terenie, jego wielkość była odczuwalna wyłącznie podczas posiłków i świadczyła o niej jedynie liczba gości zgromadzonych w jednym miejscu. Zarówno w ciągu dnia, jak i wieczorem nie było najmniejszego problemu ze znalezieniem wolnych leżaków czy stolika w barze. Wyjątek numer 2 - w Labranda Suite Hotel Alyssa rodziny z małymi dziećmi (niestety) są mile widziane. I choć dzieci było sporo, musimy przyznać, że wyjątkowo nie było to bardzo dokuczliwe - przynajmniej przez pierwszą połowę pobytu, zanim do hotelu przyjechała spora grupa Francuzów. Do tego momentu żyłam w przekonaniu wyniesionym z mojej francuskiej rodziny, że francuskie dzieci są grzeczne i raczej mocno pilnowane przez rodziców... ;) 

Mimo powyższych wyjątków jesteśmy bardzo zadowoleni z wyboru hotelu. Spokojna okolica, piękne widoki, duży teren, ładnie urządzone, przestronne i bardzo czyste apartamenty, pyszne jedzenie (w tym świeżo wypiekana pizza, niesamowity wybór ciast niczym w dobrej kawiarni, prosecco do śniadania i lodówka pełna "samoobsługowych" butelek wina) to tylko kilka najważniejszych zalet obiektu. Na pochwałę zasługuje również sama organizacja wycieczki - to były nasze pierwsze wakacje z Rainbow i jedyny organizacyjny minus to konieczność międzylądowania na tankowanie w drodze powrotnej, która wydłużyła nasz lot o prawie 1,5 godziny. W przeciwieństwie do wyjazdów z Itaką, pierwszy raz obyło się bez dezinformacji i bez problemów na lotnisku. 

Po raz pierwszy jesteśmy również absolutnie zachwyceni opieką rezydenta! Mieliśmy przyjemność być pod opieką Karoliny, która zadbała o to, żeby przekazać nam wszystkie najważniejsze informacje, ale także dodać wiele od siebie. Otrzymaliśmy całą listę rekomendacji dotyczących lokalnych atrakcji, sklepów, plaż, jedzenia czy alkoholi, ale także szczere opinie o tym, co niekoniecznie jest warte czasu i pieniędzy. Dzięki informacjom od Karoliny zrewidowaliśmy nasze plany i zdecydowaliśmy się spędzić cały pobyt aktywnie, chcąc zobaczyć możliwie jak najwięcej z tego, co nie tylko najbliższa okolica, ale i cała wyspa mają do zaoferowania. 

A co ma do zaoferowania Playa Blanca? Przede wszystkim obłędne miejsca widokowe:

1. Plaże Papagayo - od razu zwracam uwagę na liczbę mnogą ;) Choć wśród nich najsłynniejsza jest plaża o tej samej nazwie, wybrzeże Papagayo składa się z kilku plaż zatokowych i ta najpiękniejsza wcale nie jest pierwsza w kolejności. 

Do plaż Papagayo można dojechać samochodem lub autobusem. Pomocna będzie linia autobusowa nr 30, która jeździ przez całą długość Playa Blanca i kursuje średnio co pół godziny. Warto wspomnieć, że niezależnie od tego, ile przystanków chcemy przejechać, bilet kosztuje 1,40 euro - niektóre osoby z naszego hotelu jeździły nią regularnie do centrum i z powrotem, my natomiast woleliśmy pokonywać ten dystans pieszo w około 25-30 minut w jedną stronę. Z linii 30 skorzystaliśmy tylko raz, jadąc właśnie na plaże Papagayo. Z autobusu należy wysiąść na przystanku Las Coloradas i cofnąć się w stronę ronda. W tym miejscu bardzo brakuje oznakowania, drogowskazu, czegokolwiek, co powiedziałoby nam, którą uliczką najlepiej dojść do ścieżki, która prowadzi bezpośrednio do plaży. My znaleźliśmy taką tabliczkę dopiero w drodze powrotnej ;) natomiast w wyborze odpowiedniej ulicy wspomogliśmy się mapami Google. Całe szczęście samą ścieżkę do plaży trudno jest przegapić - w którymś momencie kończą się zabudowania, a zaczyna się pustkowie z widocznie wydeptaną ścieżką pośrodku. Dojście od przystanku do tego momentu zajmuje nam około 5 minut, nawet jeśli pójdziemy ulicami naokoło. 


Pierwsze wrażenie przy wchodzeniu na wzgórze? Rany, jak wieje! Wiatr utrudnia rozmowy, utrudnia wspinanie, jeśli akurat wieje w naszą stronę i koszmarnie huczy w uszach. Jednak, co najważniejsze, chłodny i silny wiatr powoduje, że nie czujemy mocy afrykańskiego słońca, które świeci nad nami, a to jest bardzo zdradliwe. Będąc na Lanzarote, a zwłaszcza zwiedzając takie miejsca jak plaże Papagayo, koniecznie pamiętajcie o nakryciach głowy (najlepiej takich, których łatwo Wam nie zwieje) i kremach z wysokim filtrem. Dobrze jest też ubrać wygodne, stabilne buty - tutejsze ścieżki są strome i kamieniste, więc łatwo jest zjechać na żwirze czy skręcić kostkę źle stając na jakimś kamieniu. 

Po kilkuminutowym spacerze ścieżką przed naszymi oczami zaczynają pojawiać się piękne widoki. Wulkaniczne klify, turkusowa barwa oceanu i piaskowe wiry, które tworzą się na brzegu robią niesamowite wrażenie!











Czas na kolejną cenną uwagę - plaża, którą widzicie na powyższych zdjęciach, to pierwsza i największa z plaż na wybrzeżu Papagayo, Playa Mujeres. Żeby dotrzeć na "właściwą" plażę Papagayo z tego miejsca, musicie zaliczyć jeszcze kilka klifów i plaż po drodze, czyli około godzinną wspinaczkę w górę, w dół, w górę, w dół... My się tego nie podjęliśmy, i choć żałuję pięknych widoków, to taką wyprawę tego dnia najpewniej skończyłabym z udarem słonecznym. Zrobiliśmy więc w tył zwrot i grzecznie wróciliśmy tą samą drogą na przystanek autobusowy. 


Jeśli natomiast wybierzecie się na wybrzeże Papagayo samochodem, sprawa jest dużo prostsza - zarówno do plaży Mujeres, jak i samej plaży Papagayo z Playa Blanca prowadzą bezpośrednio dobrze oznakowane drogi, które kończą się dużymi parkingami przy samych plażach. 

2. Montaña Roja - czerwona góra, czyli największa ozdoba i piękne tło zdjęć wykonanych na terenie naszego hotelu, który mieści się u jej podnóża. Ścieżka prowadząca na szczyt rozpoczyna się kilkaset metrów za hotelem i znów jest stroma i kamienista. 


Wejście na górę zajmuje około 30-40 minut i dla wprawnych piechurów nie będzie stanowiło wyzwania, natomiast nawet przy słabszej kondycji widoki warte są każdej zadyszki po drodze. Czerwona góra jest z trzech stron otoczona oceanem - mamy stąd piękny widok na panoramę Playa Blanca, latarnię morską Faro Pechiguera na południowym cyplu wyspy czy Fuerteventurę, która przy dobrej widoczności jest na wyciągnięcie ręki. W tym wszystkim jest jedno małe "ale". Jeśli na klifach otaczających plażę Mujeres wydawało Wam się, że wiatr urywa głowę, Montaña Roja szybko wyprowadzi Was z błędu... ;)










Jak możecie zauważyć na zdjęciach, my nie mieliśmy szczęścia jeśli chodzi o widoczność - przez większość naszego pobytu na horyzoncie rozciągała się mglista kalima. To zjawisko w postaci zawieszonego w powietrzu pyłu, będącego skutkiem burz piaskowych szalejących w Afryce, oddalonej od Lanzarote tylko o 125 kilometrów.


Montaña Roja, jak każde większe wzniesienie na Lanzarote, jest wygasłym wulkanem - po wejściu na szczyt mamy możliwość nie tylko obejść krater dookoła, ale także do niego zejść! Barwy tutejszego krajobrazu powodują, że spacerując po niewielkim wulkanie możemy poczuć się, jakbyśmy spacerowali po Marsie. 








Po zejściu z czerwonej góry doskonale wiemy, skąd wzięła się jej nazwa - i nie mam tu na myśli tylko kolorystyki na szczycie. Nasze buty, nogi i ubrania pokryte są warstwą rdzawobrązowego pyłu, który niełatwo zmyć ze skóry nawet ciepłym prysznicem - białe hotelowe ręczniki są od razu do wymiany, o stanie moich białych butów nie wspominając ;) 

Samo miasteczko Playa Blanca jest niemniej urokliwe - spacerując nadmorską promenadą możemy podziwiać równie piękne widoki. My, chodząc pieszo do centrum, schodziliśmy na promenadę przy plaży Flamingo, jednej z dwóch głównych piaszczystych plaż w miejscowości (drugą jest plaża Dorada, mieszcząca się w ścisłym centrum). Playa Flamingo otoczona jest sztucznym falochronem, który, choć nie wygląda najciekawiej, tworzy raj dla entuzjastów podwodnego świata - to właśnie tu odbywają się lekcje nurkowania dla początkujących. 



Spacer od plaży Flamingo do handlowo-restauracyjnej części miasteczka jest bardzo przyjemny - promenada przez cały czas prowadzi nas nad samym oceanem i po drodze mijamy między innymi terminal promowy, skąd regularnie wypływają promy na Fuerteventurę (do największego ośrodka wypoczynkowego wyspy, miasteczka Corralejo, płynie się stąd tylko 35 minut, a tamtejszą plażę widać z Playa Blanca gołym okiem nawet przez kalimę). 




Promenada skrywa trochę niespodzianek - między innymi tysiące kłódek zawieszonych na barierkach przez zakochanych, klimatyczne kamienne schodki, które wyłaniają się z oceanu gdy poziom wody nieco opadnie czy bardzo przyjazną papugę ;)





Idąc cały czas promenadą docieramy aż do portu Marina Rubicón, w którym w każdą środę i sobotę od 9:00 do 14:00 odbywa się lokalny targ (targ objazdowy, który codziennie jest w innym miasteczku na wyspie). Na próżno jednak liczyć na to, że dostaniecie tu dobre, lokalne, rzemieślnicze produkty - targ jest typowo turystyczny, a stragany wypełnia kiczowate mydło i powidło, w dużej mierze made in China. 



W dni targowe warto jednak przebrnąć przez stragany i przejść się jeszcze kawałek dalej za marinę, by dotrzeć do osiemnastowiecznego zamku Castillo de las Coloradas, jedynej fortyfikacji w tej okolicy, która miała za zadanie chronić miasteczko przed najazdami piratów. To przykład typowej architektury obronnej na Wyspach Kanaryjskich i kolejna szansa na piękne widoki. Okoliczne klify, choć niewielkie, zaskakują kolorystyką! 

 




Spacer promenadą od naszego hotelu do ruin zamku i z powrotem to dobre 10 kilometrów piechotą, ale warto zrobić go przynajmniej raz. Pozostałe wypady do miasteczka można spokojnie skończyć w rejonie ścisłego centrum, gdzie równolegle do promenady biegnie Los Limones - główna uliczka handlowa, zamknięta dla ruchu samochodów. Przemierzając miasteczko wzdłuż i wszerz, skupialiśmy się przede wszystkim na miejscach widokowych, zafascynowani krajobrazami i paletą barw Lanzarote. Nie ma jednak sensu udawać, że nie poddaliśmy się typowemu wakacyjnemu konsumpcjonizmowi ;) 

Tym razem nie wyłamaliśmy się z naszego hotelowego all inclusive i nie wybraliśmy się na kolację do żadnej lokalnej restauracji, natomiast sporo czasu spędziliśmy w tutejszych sklepach. Sklepiki z pamiątkami w Playa Blanca wyglądają tak, jak w każdym innym podobnym kurorcie w Europie - mało wartościowych pamiątek, za to masa kiczu. Warto natomiast zajrzeć do perfumerii czy sklepów z markowym obuwiem i odzieżą. Aby mieć pewność, że kupujecie oryginalne produkty w najlepszych cenach, róbcie zakupy w znanych lokalnych sieciach - perfumeriach Sasha i Dalia oraz sklepach Walk i Fund Grube. Ceny na Lanzarote są naprawdę atrakcyjne, ponieważ płacimy tu tylko siedmioprocentowy podatek. My zrobiliśmy duży research w temacie perfum dla mojej mamy, z którego wyniknęło, że najlepsze ceny oferują perfumerie Sasha - dla przykładu, flakon perfum Diora o pojemności 50 ml kupiliśmy za połowę ceny oferowanej w Polsce przez Sephorę czy Douglasa i o 1/3 taniej niż na stronie iPerfumy :) 

Alkohol i perfumy dużo bardziej opłaca się kupić w sklepach w miasteczku niż w strefie bezcłowej, choć ma to jedną zasadniczą wadę - trzeba mieć na uwadze limit wagi bagażu ;) Natomiast decydując się na zakup perfum w Playa Blanca, a nie na lotnisku, zaoszczędziliśmy ok. 10-12 euro. W kwestii alkoholu, choć lokalne sieci supermarketów HiperDino i Spar mają stosunkowo niezły asortyment, większy wybór i lepsze ceny czekają na Was w sklepach alkoholowo-tytoniowych, które często są jednocześnie kantorami. Do supermarketu polecam natomiast zajrzeć po lody - Algida funkcjonuje tu oczywiście pod inną nazwą (Frigo) i z nieco innym asortymentem niż w Polsce, ale dzięki temu na Lanzarote kupicie na patyku niskokaloryczne, sorbetowe cudo z kawałkami owoców pod tytułem Solero Smoothie, do wyboru w dwóch smakach - ananasowym i truskawkowym. Nie zliczę nawet ile tych ananasowych smoothie zjedliśmy przez cały pobyt ;)

...i tak zrobiłam sobie ochotę na lody. A Wam, mam nadzieję, na Lanzarote!

28.04.2018

Lanzarote w jeden dzień

Słowem wstępu

Wychodzę z założenia, że rekomendując innym kierunek podróży, warto najpierw przedstawić, co dany region ma do zaoferowania, a dopiero później polecić konkretną lokalizację na bazą wypadową. Tak też będzie i w tym przypadku - dziś zabiorę Was na objazd po najpopularniejszych atrakcjach turystycznych Lanzarote, a na dniach powiem więcej o miejscu, w którym się zatrzymaliśmy :)

Co warto wiedzieć o Lanzarote na początek?

W tym miejscu nie chcę pisać o historii czy geografii wyspy, bowiem na ten temat znajdziecie mnóstwo innych źródeł. Wspomnę natomiast o kilku rzeczach, które są istotne z punktu widzenia chęci zwiedzenia najważniejszych atrakcji turystycznych Lanzarote.

Lanzarote jest bardzo małą wyspą, na której wszędzie jest blisko. W praktyce oznacza to, że odległości między lotniskiem a każdym kurortem czy między dwoma większymi miastami pokonuje się zwykle w 20-30 minut i jeśli o takie trasy chodzi, lokalna komunikacja autobusowa sprawdza się bez zarzutu.

Nie oznacza to natomiast ani trochę, że wspomnianą komunikacją można łatwo dotrzeć do najważniejszych i najbardziej popularnych atrakcji turystycznych na wyspie. Co to, to nie. (A dowiedzieliśmy się o tym niestety dopiero podczas spotkania z rezydentką dzień po przylocie...) W tej sytuacji mamy dwa wyjścia - wypożyczyć samochód i objechać wyspę samodzielnie lub wykupić jednodniową wycieczkę objazdową z biura podróży. 

Samo wypożyczenie samochodu kosztuje stosunkowo niewiele, choć warto doliczyć kwotę pełnego ubezpieczenia (nawet drugie tyle). Niemniej jednak wypożyczonym autem wyspę można objechać na spokojnie, swoim tempem i da się to zrobić w dwa dni. Dlaczego nie w jeden? Otóż trzeba wziąć pod uwagę kolejki do wjazdu do największych atrakcji ;) Natomiast w naszym przypadku to rozwiązanie zupełnie odpada, ponieważ oboje nie dysponujemy prawem jazdy.

Jednodniowa wycieczka objazdowa z biura podróży Rainbow (z którym wybraliśmy się na Lanzarote) to koszt bagatela 70 euro za osobę. Nie należymy do zwolenników takich wycieczek oraz fanów tego, ile kosztują, z czterech powodów:
  1. na tygodniowe wakacje all inclusive zabieramy ze sobą zawsze tylko 200 euro w gotówce,
  2. staramy się unikać tłumów, a zwłaszcza grup naszych rodaków ;)
  3. wolimy zwiedzać na własną rękę, przemieszczając się pieszo lub lokalną komunikacją publiczną,
  4. dwa lata temu postanowiliśmy dać szansę jednej z wycieczek na Zakynthos, która okazała się beznadziejną stratą czasu i pieniędzy.
W tym wypadku mieliśmy jednak do wyboru albo spędzić tydzień w miejscowości Playa Blanca, w której mieścił się nasz hotel, i praktycznie w ogóle nie zobaczyć wyspy, albo przeznaczyć 140 euro na wspomnianą wycieczkę i zacisnąć pasa przez resztę pobytu, ale zobaczyć naprawdę dużo. Plan wycieczki uwzględniał prawie wszystkie miejsca, na których nam najbardziej zależało, jak i te, które w naszej opinii (sformułowanej zarówno przed wycieczką, jak i po jej zakończeniu ;)) moglibyśmy odpuścić. W takiej sytuacji nie musieliśmy się długo zastanawiać i od razu zarezerwowaliśmy wycieczkę.

Jednodniowa wycieczka objazdowa z Rainbow

Wycieczka objazdowa w ofercie Rainbow odbywa się tylko raz w tygodniu, w piątek. Jest to podyktowane dostępnością polskiej przewodniczki, która mieszka na wyspie od ponad 20 lat i  ponoć najlepiej (a na pewno naprawdę ciekawie) opowiada jej historię. 

O umówionej godzinie autokar zabiera uczestników spod hoteli - hotele w Playa Blanca są na trasie jako ostatnie w kolejności, co nam dało ten luksus, że spod naszego hotelu (o godzinie 9:10) wyruszyliśmy prosto do pierwszej atrakcji. Ma to natomiast jeden zasadniczy minus, zwłaszcza dla osoby z silną chorobą lokomocyjną: w środku zostają już tylko ostatnie wolne miejsca, wyłącznie w tylnej części autokaru... Jeśli rozumiecie, co to oznacza, bo sami macie ten problem, nie popełnijcie mojego błędu i już przy rezerwacji wycieczki poproście rezydenta o zaznaczenie na liście, że ze względu na chorobę lokomocyjną koniecznie potrzebne Wam są miejsca z przodu autokaru. Wówczas, niezależnie od kolejności wsiadania, takie miejsca powinny na Was czekać i nie będziecie zmuszeni błagać innych uczestników o zamianę, kiedy na trasie wycieczki znienacka pojawią się serpentyny ;) 

Trasa wycieczki

Przejdźmy do meritum, czyli do trasy wycieczki i atrakcji przewidzianych po drodze. Przedstawię je Wam w kolejności chronologicznej, opisując je jednak hasłowo. Siłę przekazu mają tu stanowić przede wszystkim zdjęcia, nie szeroko nakreślone historie - ich opowiedzenie pozostawiam przewodniczce :) Pozwolę sobie natomiast w niektórych miejscach omówić trochę więcej szczegółów technicznych, które mogą się przyczynić do podjęcia decyzji o samym wykupieniu wycieczki. 

1. Los Hervideros - tzw. wrzące wybrzeże. Wzburzone fale Atlantyku rozbijają się tu o czarne, wulkaniczne klify. 




Piękny punkt widokowy, choć nieco monotonny - nie dziwne więc, że postój przewiduje tylko chwilę na kilka zdjęć i już po paru minutach ruszamy dalej.

2. El Golfo - nazwa odnosząca się do małej wioski rybackiej, którą niestety tylko mijamy, ale także słynnego zielonego jeziorka. Do jeziorka podchodzimy krętą ścieżką, podziwiając obłędne widoki i feerię barw natury z każdej strony. Na ścieżce jest dość ciasno, stąd nie każdy od razu ma szansę podejść jak najbliżej i zrobić kilka zdjęć, ale czas postoju spokojnie pozwala na to, aby cierpliwie poczekać na swoją kolej.





Moim zdaniem punkt obowiązkowy, nie tyle ze względu na same jeziorko, ale całą, niezwykle malowniczą zatoczkę. Jeśli kiedyś wrócimy na Lanzarote, koniecznie chcę zobaczyć ją jeszcze raz, w innym świetle, a przy okazji nadrobić zwiedzenie samej wioski El Golfo.


Krajobraz na trasie i dobre warunki drogowe idealnie nadają się do kręcenia tu reklam samochodów, co zresztą ich producenci nierzadko wykorzystują. Nie wykluczam, że gdyby nie to, że powyższe zdjęcie zrobiłam przez szybę jadącego autokaru, rozważyłabym zgłoszenie się z propozycją do Renault... ;)

3. Park Narodowy Timanfaya - tzw. góry ognia. Musicie wiedzieć, że każde większe wzniesienie na Lanzarote jest wulkanem! Park Narodowy Timanfaya to największe skupisko wulkanów na wyspie i miejsce, które w osiemnastym wieku przesądziło o jej współczesnym krajobrazie, ukształtowaniu terenu i gospodarce. Tutejszy krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie i mieni się niesamowitą paletą barw, która w dużej mierze zależy od (kapryśnej i nieprzewidywalnej) pogody. 

Dlaczego do Parku Timanfaya warto wybrać się w ramach zorganizowanej wycieczki z polskiego biura podróży? Po pierwsze, kolejka samochodów do wjazdu do parku ciągnie się przez kilka kilometrów i można w niej stać nawet kilka godzin. Po drugie, sam objazd po wulkanach i tak można zrobić wyłącznie autokarem prowadzonym przez uprawnionego kierowcę, do którego trzeba się przesiąść (tu znów mamy czas oczekiwania aż poprzednia grupa wróci z objazdu i zwolni dla nas autokar), lub na wielbłądach, choć wtedy trasa zwiedzania jest zupełnie inna. Kierowca prowadzący autokar wycieczkowy Rainbow posiada stosowne uprawnienia, dzięki czemu w naszym przypadku nie ma potrzeby przesiadania się do innego pojazdu, a także mamy możliwość wysłuchania historii parku w języku polskim (w lokalnych autokarach dostępny jest tylko angielski, hiszpański i niemiecki). 

Objazd po wulkanach trwa około 40 minut i nie jest przyjemnym przeżyciem dla osoby z chorobą lokomocyjną, jednak widoki za oknem w dużej mierze to rekompensują. Warto wspomnieć, że podczas przejazdu z autokaru się nie wysiada - kierowca zatrzymuje się jednak kilkukrotnie, aby każdy mógł bezpiecznie wstać z miejsca, podejść do okna i zrobić zdjęcie.




Dwa powyższe zdjęcia są zrobione w odstępie dwóch minut  i idealne obrazują moje wcześniejsze stwierdzenie o kalejdoskopie i kapryśnej pogodzie ;) 


4. Yaiza - z Parku Narodowego Timanfaya wyjeżdżamy do miejscowości Yaiza, w której najpierw zaglądamy do sklepu lokalnego producenta kosmetyków z aloesu i mamy czas na małe zakupy. Podpowiem jednak, że te same kosmetyki można kupić w każdej miejscowości turystycznej na wyspie w zbliżonych cenach, a czuję się w obowiązku wspomnieć, że kosmetyki innej firmy (Proaloe, dostępne z kolei w lokalnej sieci perfumerii Sasha) w niektórych przypadkach mają lepsze składy. 

Następnie ruszamy do centrum miasteczka, w którym czeka na nas dwudaniowy obiad - typowa lokalna zupa jarzynowa z ciecierzycą, kotlety z piersi kurczaka z pieczonymi ziemniaczkami i stołowe białe wino. Czasu przewidzianego na postój w Yaizie niestety nie wystarcza na spacer po samym miasteczku :( 


5. La Geria - najedzeni (co poniektórzy także napici ;)) i wysmarowani aloesowymi specyfikami ruszamy dalej, aby zobaczyć region win, uprawianych na Lanzarote w bardzo specyficzny i wizualnie charakterystyczny sposób. 

Zatrzymujemy się w winnicy Bodega La Geria na degustację win - każdy pełnoletni uczestnik wycieczki otrzymuje dwie szklaneczki, w których na spróbowanie czeka białe wytrawne wino Malvasía Volcánica o bardzo jasnej barwie oraz białe, słodkie wino Moscatel dulce o złocistej barwie oraz smaku i konsystencji zbliżonej do likieru. Za dodatkową opłatą można spróbować innych rodzajów win i kupić wina butelkowane czy kosmetyki na bazie wina (w razie czego - również do znalezienia w sklepach w miejscowościach turystycznych). 



Po wizycie w winnicy czeka nas najdłuższy przejazd autokarem bez wysiadania (co w realiach Lanzarote oznacza jakieś 35 minut ;)). Po drodze mijamy kolejne malownicze widoki i przejeżdżamy między innymi przez najstarszą miejscowość na wyspie i jej dawną stolicę - Teguise. 


Za Teguise robimy przystanek w punkcie widokowym, z którego roztacza się panorama na Dolinę Tysiąca Palm (i miejscowość Haría) oraz wulkan La Corona, jedno z najwyższych wzniesień na wyspie. Największą atrakcją tego przystanku dla uczestników wycieczki nie są jednak piękne widoki, a lokalny bar Los Helechos, w którym serwowany jest domowej produkcji ron miel, czyli kanaryjski rum z miodem. Ron miel podawany jest w kieliszkach z bitą śmietaną i cynamonem i pije się go przez słomkę - najpierw pijemy odrobinę samego rumu z dna na spróbowanie, a następnie mieszamy go z bitą śmietaną, pod której wpływem trunek nie robi się słabszy, ale delikatniejszy. Jeśli chcecie zobaczyć, jak to wygląda, zerknijcie na zdjęcie z baru Los Helechos na Google Maps

Na miejscu można również kupić domowy ron miel w butelkach, polecany przez przewodniczkę jako lepszy niż ten dostępny w sklepach, pochodzący z masowej produkcji. My niestety jakimś cudem przegapiliśmy tę możliwość i przywieźliśmy do Polski ron miel kupiony w zwykłym sklepie - za radą naszej rezydentki wybraliśmy rum ze słynnej destylarni Arehucas z Gran Canarii, który ponoć uchodzi za najlepszy. 


Droga z Los Helechos w dół do miasteczka Haría wiedzie po bardzo stromym zboczu, przez co jest bardzo wąska i koszmarnie kręta (moje ukochane serpentyny, coś cudownego dla żołądka...). Z tego względu cieszę się, że chwilę wcześniej w barze rozsądnie zrezygnowałam ze spróbowania rumu z miodem, bo w trakcie tej przejażdżki mogłoby się to bardzo źle skończyć ;) Przed każdym zakrętem autokar zwalnia i trąbi, aby ostrzec kierowców jadących z naprzeciwka. Samo miasteczko Haría jest równie dużym wyzwaniem dla kierowcy - wiele lat temu, projektując tamtejsze uliczki, nikt nie spodziewał się, że będą nimi przejeżdżać wycieczki. Tutaj, w Haría ostatnie lata życia spędził, César Manrique - artysta, którego wizja przesądziła o aktualnym wyglądzie Lanzarote i popularności turystycznej tej wyspy. Tutaj też zginął w wypadku oraz został pochowany, i to stąd jedziemy zobaczyć dwie ostatnie atrakcje na naszej trasie, obie jego projektu.


6. Jameos del Agua - jaskinia z jeziorkiem niczym rozgwieżdżone nocne niebo, basenem, do którego wejść może tylko sam król Hiszpanii (ale chyba nigdy z tego nie skorzystał) oraz salą koncertową w tunelu wulkanicznym. Samo fizyczne istnienie tego miejsca zawdzięczamy wulkanowi La Corona, natomiast sposób jego zagospodarowania - Césarowi Manrique. 

Jameos del Agua zrobiła na mnie najmniejsze wrażenie ze wszystkich atrakcji przewidzianych na trasie wycieczki, choć nie mogę odmówić jej uroku. Krystalicznie czysta woda w jeziorku i wulkaniczne dno przypominają nocne niebo, na którym niczym gwiazdy mienią się malutkie białe punkciki, czyli ślepe kraby albinosy. O obecności krabów dowiadujemy się zanim wejdziemy do jaskini, jednak mało kto spodziewa się, że trudno gołym okiem dojrzeć, że faktycznie są krabami. Niektórzy nawet szukają, gdzie te kraby, bo żadnego nie widać... ;) 


W jaskini wszędzie, gdzie tylko spojrzeć rosną monstery, które stanowią główny obiekt na większości moich zdjęć z tego miejsca ;) 


Każdy mały biały punkcik na powyższym zdjęciu to krab. Musicie uwierzyć mi na słowo ;)


Po wyjściu z jaskini na zewnątrz nie kierujcie się od razu na schody po prawej stronie, tylko koniecznie przejdźcie dookoła na drugą stronę basenu i zajrzyjcie do sali koncertowej.


W sali koncertowej co kilka minut odtwarzana jest muzyka symfoniczna, abyśmy mogli się przekonać o wyjątkowej akustyce tego miejsca. Warto wygodnie usiąść, zamknąć oczy i wsłuchać się w melodię (ignorując rodaków, którzy nie potrafią nawet przez chwilę nie gadać, nie komentować i nie narzekać ;)). To przyjemna chwila odpoczynku i wyciszenia, choć my bardzo żałowaliśmy, że muzyka nie jest grana na żywo.


Jeśli zostanie Wam kilkanaście minut do zbiórki, przy wyjściu z Jameos del Agua mieści się budynek muzeum wulkanologii, do którego warto zajrzeć, aby dowiedzieć się nieco więcej o działaniu wulkanów i historii erupcji na Wyspach Kanaryjskich.

7. Ogród Kaktusów - kolejne dzieło Césara Manrique i jednocześnie kolejna atrakcja, po której spodziewałam się dużo więcej. Jak widać po poniższym zdjęciu, kaktusów wcale nie jest tak dużo i teren średnio przypomina ogród, natomiast muszę przyznać, że same okazy robią wrażenie - znajome gatunki zaskakują rozmiarami, natomiast pozostałe zaskakują formą. O wielu z nich nie powiedziałabym w ogóle, że są kaktusami! Malowniczość widoku ogród moim zdaniem najbardziej zawdzięcza małemu młynowi, który nad nim góruje. 



Moje oko najbardziej cieszyły wszystkie aloesy oraz sukulenty, które tworzą imponujące rozety.


W ogrodzie udało nam się znaleźć egzemplarz "kaktusa idealnego" (poniżej, po lewej). Mieliśmy wrażenie, że twórcy kreskówek na tym konkretnym egzemplarzu wzorowali wszystkie kaktusy rysunkowe ;) 


Ogród Kaktusów jest ostatnim punktem na trasie wycieczki. Gdy kończymy go zwiedzać, dochodzi godzina 17:00. Stąd autokar rozwozi nas po kolei po hotelach - najpierw do tych zlokalizowanych w miejscowości Costa Teguise, następnie w Puerto del Carmen, a na samym końcu w Playa Blanca. Każdy więc sprawiedliwie spędza tyle samo czasu w autokarze - ci, którzy wsiadali jako pierwsi, również jako pierwsi z niego wysiadają. 

Główna droga prowadząca przez całą długość wyspy biegnie wzdłuż największych atrakcji południa, dzięki czemu na drodze z Puerto del Carmen do Playa Blanca mamy możliwość spojrzeć jeszcze raz na krajobrazy regionu win czy gór ognia. 


Jadąc w przeciwną stronę niż rano, spędzam też czas na fotografowaniu widoków po drugiej stronie drogi - tym razem udaje mi się między innymi złapać w kadrze solanki Salinas de Janubio. To drugie miejsce obok miejscowości El Golfo, które w trakcie tej wycieczki widzimy tylko z daleka, a do którego bardzo chciałabym wrócić by móc zobaczyć je z bliska. Przed laguną, dzięki której powstają solanki, mieści się także piękna, czarna plaża (Playa de Janubio), którą koniecznie chciałabym odwiedzić. Po całym pobycie na Lanzarote mam niedosyt czarnych plaż - wszystkie widziałam tylko z daleka :( 



Pod nasz hotel podjeżdżamy około godziny 18:00, wycieczka zajęła nam więc mniej więcej 9 godzin. Wiadomo co nas boli po tylu godzinach spędzonych w autokarze ;) choć trzeba przyznać, że trasa wycieczki zaplanowana jest tak, że zupełnie się tego czasu nie czuje - każdy postój trwa od 20 do 60 minut, a przejazdy pomiędzy postojami trwają zwykle od 15 do 30 minut - równowaga idealnie zachowana. Nieco zmęczeni, ale zdecydowanie zadowoleni mamy godzinę na odpoczynek przed kolacją.

Podsumowując...

Naszym zdaniem, choć to niemały wydatek, jednodniowa wycieczka objazdowa po Lanzarote jest naprawdę wartym uwagi rozwiązaniem - przede wszystkim dla osób, które nie mogą sobie pozwolić na wynajem samochodu, nie czują się pewnie za kierownicą na obcych drogach czy nie chcą tracić czasu na stanie w kolejkach. To też dobra opcja dla tych, którzy wolą obskoczyć wszystko w jeden dzień, żeby pozostałe móc spędzić na smażingu (o ile im na to pogoda pozwoli - nam nie do końca pozwoliła) ;) 

O ile wydanie 140 euro naraz (zakładając, że tak jak my, podróżujecie we dwójkę) trochę boli, o tyle jest też dużym ułatwieniem. Gdyby podsumować koszt odbycia identycznej wycieczki na własną rękę - wynajem i ubezpieczenie samochodu na dwa dni, bilety wstępu, obiad, degustacja wina - suma byłaby podobna. Tutaj wszystko mamy w cenie i nie musimy się przejmować, w trakcie wycieczki płacimy tylko za to, co chcemy sobie kupić na postojach (kosmetyki, wino, kieliszek lub butelka rumu, pamiątki). 

Objazdówka po Lanzarote dała nam szansę na zweryfikowanie opinii o wycieczkach zorganizowanych, a także na wyrobienie sobie opinii o wyspie i jej największych atrakcjach. Tak jak się spodziewaliśmy, choć bardziej zielona północ Lanzarote ma swój urok, my zdecydowanie jesteśmy fanami południowej części wyspy i jej  niesamowicie barwnych, choć nierzadko zdominowanych przez czerń zastygłej lawy, wulkanicznych krajobrazów.  Z miejsc na naszej liście nie udało nam się zobaczyć (ani z bliska, ani z daleka) tylko punktu widokowego Mirador del Rio na północnym krańcu wyspy i sąsiedniej wysepki La Graciosa, ale kiedyś może będzie szansa to nadrobić. Póki co nie planujemy powrotu na Lanzarote, a na przyszły rok stawiamy sobie za cel sąsiednią Fuerteventurę, jednak bez chwili wahania polecamy tę wyspę jako kierunek na krótkie wakacje. Lanzarote naprawdę warto zobaczyć - niezależnie od tego, jaką formę zwiedzania przyjmiecie :)